Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Akceptuję
|
Samotny seks. Kulturowa historia masturbacji Samotny seks. Kulturowa historia masturbacji
Samotny seks. Kulturowa historia masturbacji
ISBN: 97883–242–3073–0
Kategorie: HISTORIA KULTURY
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 434
Format: B5
Oprawa: Miękka
Wersje: KSIĄŻKA
39,20 PLN
49,00 PLN
Dodaj do schowka »
Wyślij znajomemu »
Zobacz opinię o książce »
Dodaj opinię o książce »
Opis książki:

Książka Laqueura, historyka z Berkeley, to nie tylko rzetelna opowieść o historycznych zmianach w podejściu do problemu masturbacji – od Starego Testamentu po dzień dzisiejszy, czyli, jak głosi tytuł pierwszego rozdziału „Od Onanii do internetu” – ale także, jak przystało na przedstawiciela nowej szkoły historycznej, opowieść z filozoficzną tezą. Inspirowany badaniami Michela Foucault, Laqueur ze szczególną podejrzliwością przygląda się epoce założycielskiej nowoczesności, czyli oświeceniu, by tam dojrzeć początki naszej zachodniej obsesji na punkcie masturbacji. Wbrew powszechnym przeświadczeniom, że największymi wrogami onanii są związani z religią konserwatyści, Laqueur dowodzi, że samo pojęcie onanii zrodziło się z ducha sekularnego oświecenia i uzyskało rangę centralną za sprawą świeckich praktyk społecznych, które Foucault nazywał „technikami dyscyplinującymi”. Datę narodzin zjawiska onanii Laqueur wyznacza na rok 1712, kiedy to anonimowy autor, powołujący się na medyczne odkrycia z ducha brytyjskiego oświecenia, ogłosił dzieło potępiające masturbację nie tylko jako „grzech”, lecz przede wszystkim jako praktykę szkodliwą ze zdrowotnego punktu widzenia. Przedtem, twierdzi Laqueur, masturbacja była tylko jednym z podrzędnych grzeszków cielesnych, nie mniej i nie bardziej istotnym niż cudzołóstwo, sodomia, ale też łakomstwo i obżarstwo. Ani judaizm ani chrześcijaństwo nie przywiązywały wielkiego znaczenia do tego jednego szczególnego grzechu i, jak pokazuje Laqueur, w literaturze obu wielkich religii nie ma wiele wzmianek na temat masturbacji. Interpretacja owego zdarzenia ze Starego Testamentu, kiedy to Onan „zmarnował” nasienie, nie spuszczając się do wnętrza Tamar, za co został ukarany przez Boga nagłą śmiercią przez uderzenie pioruna, nie pojawia się w kanonicznych pismach judaizmu i chrześcijaństwa, ale dopiero w owym anonimowym traktacie z roku 1712: grzech Onana, który tradycja żydowska interpretowała jako „bierną rozlazłość”, staje się grzechem onanizmu, czyli masturbacji dopiero w wieku osiemnastym. I dopiero wtedy staje się on też wielkim złem, które czeka odpowiednio groźna kara: równie straszna jak rażenie piorunem. Bardzo ciekawa jest hipoteza, jaką wysuwa Laqueur, by wyjaśnić powody, dla których onanizm uzyskał osobną nazwę i stał się złem naczelnym dopiero w oświeceniu. Laqueur wiąże to zjawisko z rozprzestrzenieniem się ideologii nowoczesnego indywidualizmu, który wraz z przywilejem emancypacji równocześnie nakłada na jednostkę poważne obowiązki: idea samodyscypliny i samoopanowania staje się tak istotna dopiero z chwilą, kiedy wzorem staje się jednostka silna, autonomiczna, rozważnie dysponująca swoja wolnością. Masturbacja okazuje się wówczas nie tyle grzechem w starym sensie religijnym (choć pisarze oświeceniowi często odwołują się do purytańskiej, religijnie wzmocnionej retoryki), co złem w sensie społecznym. Posiada bowiem trzy cechy, które w najbardziej istotny sposób zagrażają nowej, indywidualistycznej organizacji społecznej. Masturbacja bowiem to praktyka potencjalnie całkowicie powszechna, dotycząca wszystkich, która: 1) odbywa się w ukryciu, a więc poza kontrolą społeczną; 2) prowadzi do ekscesu, czyli łatwo osiągalnej rozkoszy, której nadmiar może zagrozić idei samodyscypliny; 3) angażuje fantazję i wyobraźnię, która z kolei może zepchnąć jednostkę ze wspólnej drogi socjalizacji i oddalić ją od wspólnej wszystkim zasady rzeczywistości. Te trzy czynniki – sekretność, eksces i fantazja – stanowią ciemny rewers procesu indywiduacji, demoniczną stronę oświeceniowego projektu osiągania podmiotowej autonomii; dlatego też właśnie masturbacja, skupiająca w sobie wszystkie te atrybuty, staje się w epoce nowoczesnej z pomniejszego grzeszku cielesnego największym złem społecznym. Laqueur przekonująco pokazuje przewagę moralistyki i ideologii w nowożytnym dyskursie medycznym, piętnującym onanię jako chorobę, grożącą kolejnymi poważnymi schorzeniami: ślepotą, anemią etc. Podkreśla swój krytyczny stosunek do psychoanalizy, zwłaszcza w jej ortodoksyjnym, freudowskim wydaniu, która, jak sądzi, wzmocniła nowoczesne przeświadczenie o patologicznym charakterze masturbacji. Jednocześnie jednak dość krytycznie odnosi się do dzisiejszych, inspirowanych psychoanalizą emancypacyjną, projektów promocji masturbacji jako praktyki wyzwoleńczej i dobroczynnej, w której miałby się przejawiać pozytywny pęd do samorealizacji. Tak jak Foucault, skłonny jest twierdzić, że nadal pozostaliśmy „wiktorianami”, a więc formacją opętaną przez seksualność, którą postrzegamy nade wszystko w perspektywie autoerotyzmu. Książka ta jest jedyną tak poważną monografią problemu, znakomicie uzupełniającą się ze studiami Foucault na temat „historii seksualności”.

 Spis treści

 Wstęp Michał Paweł Markowski

 Niewymienne ciało. Masturbacja i dylematy
kultury nowożytnej

 Przypisy

 Podziękowania

 I Początek

 II Jak rozprzestrzeniała się masturbacja od Onanii
do Internetu

 III Masturbacja przed Onanią

 IV Problem z masturbacją

 V Dlaczego masturbacja stała się problemem

 VI Samotny seks w dwudziestym wieku

 Przypisy


 ZE WSTĘPU:

 Jeden ze śmielszych fragmentów w polskiej literaturze dwudziestowiecznej znaleźć można w opowiadaniu Sierpień Brunona Schulza, otwierającym Sklepy cynamonowe. Dotyczy on niejakiej Tłui, „na wpół nagiej i ciemnej kretynki”, spędzającej swe życie na śmietnisku:

 Dźwiga się powoli i staje, podobna do bożka pogańskiego, na krótkich dziecinnych nóżkach, a z napęczniałej napływem złości szyi, z poczerwieniałej od gniewu twarzy, na której, jak malowidła barbarzyńskie, wykwitają arabeski nabrzmiałych żył, wyrywa się wrzask zwierzęcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczałek tej pół zwierzęcej, pól boskiej piersi. Bodiaki, spalone słońcem, krzyczą, łopuchy puchną i pysznią się bezwstydn ym mięsem, chwasty ślinią się błyszczącyn jadem, a kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji dzikiej uderza mięsiistym łonem z wściekłą zapalczywością w pień bzu dzikiego, który skrzypi cicho pod na tarczywością tej rozpustnej chuci, zachęcany całym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej płodności.

 Obrazowanie Schulza niedwuznacznie wiąże masturbację – bo o nią przecież tu chodzi – z naturą. Nie chodzi tylko o otoczenie, w któr ym rozgrywa się ten oszalały spektakl (bo Tłuja masturbuje się na oczach okolicznych młodzieniaszków), ale o to, że ona sama należy do świata pogańskiego, nieludzkiego, dzikiego, zwierzęco-roślinnego. Życie Tłui rozgrywa się poza porządkiem kultury i dlatego masturbacja - znak zwierzęcej „rozpustnej chuci” potwierdza skretynienie dziewczyny. Wydaje się, że nieprzypadkowo Schulz łączy w tej przesadnej alegorii dwie rzeczy: autoerotyzm i szaleństwo. Wydana we Lwowie, w roku 1873, broszura O skutkach samogwałtu (onanizmu) i zmazaniach nocnych jako też o słabościach wenerycznych, napisana, a raczej skompilowana z obcych źródeł przez doktora Antoniego St. Bergera (mam przed sobą drugie jej wydanie), w Przedsłowiu woła do czytelnika tak oto:

 O! Przyjdź młodzieńcze, a spojrzej na onanistę w szpitalu i w domu obłąkanych, który jest jak by na wpół zwierzęciem i wyschnięty jak szkielet leży bezprzytomny. Zadrżysz, i pewnie zaprzestaniesz tego niecnego występku.

 Masturbacja prowadzi do szaleństwa (i odczłowieczenia), ale też - zapewne - odwrotnie. Tylko szaleniec, a więc ktoś postawiony poza porządkiem kultury i poza porządkiem rozumu, może się masturbować. W Słowniku Akademii Francuskiej z roku 1878 hasło „masturbacja” zostało zdefiniowane tak oto: „genre de pollution qui trompe le voeu de la nature et qui a ordinairement lest suites le plus funestes, zaś hasło „(se) masturber” zdefiniowano jako „faire l’acte contre nature”. Pozornie mamy tu - w literaturze i leksykografii - do czynienia z dwoma różnymi punktami widzenia na masturbację, lecz uważna ich lektura prowadzi do ciekawych wniosków. To, co dla akademików, podążających dobrze ubitym traktem, jest „wbrew naturze”: i polega na „oszukiwaniu ślubów złożonych naturze”, dla Schulza i doktora Bergera wiąże się ściśle z działaniem wbrew kulturze. Połączenie szaleństwa i masturbacji w jedną figurę masturbującego się nieludzkiego szaleńca oznacza, że uznajemy kulturę za porządek naturalny (kulturalne jest to tylko, co racjonalne), naturę zaś za podrzędną właściwość kultury (ciało da się zbawić o tyle tylko, o ile jest ciałem kulturalnym). Występek przeciwko naturze, za jaki uważano przez długie stulecia masturbację, okazywał się jednocześnie występkiem przeciwko kulturze: onanista jest szaleńcem, bo zrzeka się samowładztwa rozumu i degraduje się do roli istot „niemal gorszych od zwierząt", które trzeba izolować od światłego społeczeństwa i natychmiast poddać ścisłej kontroli, a następnie surowemu reżimowi pedagogicznemu. To zrównanie mogło jednak nastąpić dopiero wtedy, gdy uznano, że społeczeństwo powinno się rządzić prawami ludzkiego, a nie boskiego rozumu i gdy uznano, że każdy akt działania wbrew naturze jest jednocześnie działaniem przeciwko kulturze, która powinna opierać się na ścisłych prawach wymiany między jej uczestnikami. To zaś nastąpiło nie wcześniej niż w wieku XVIII, co oznacza, że masturbacja jako zagrożenie cywilizacyjne pojawiła się wraz z oświeceniem. Narodziła się w tym samym momencie, w którym kultura nowożytna zdała sobie sprawę, że fundament, na którym postanowiła się mocno wesprzeć, czyli zasada nieograniczonej prywatności podmiotu, przynosi także niebezpieczeństwa, którym jakoś należy zaradzić, by przejrzystość relacji społecznych i gładko funkcjonujący krąg wymiany społecznych wartości nie zostały zakłócone przez mroczne sekrety ciaa i duszy, nie podlegające publicznej kontroli, bo dokonujące się poza akceptowanym obiegiem. Jeśli masturbacja przychodzi z podszeptów krnąbrnego ciała, które zaczyna żyć własnym życiem, sprzeniewierzając się społecznej ekonomii, to nic dziwnego, że okrzyknięto ją szybko wrogiem publicznym numer jeden. „Wszystko co jest empiryczne [i co wiąże się ze skłonnościami, a nie rozumem i prawem powszechnym], powiada Kant, nie tylko nie nadaje się na domieszkę do zasady moralności, ale nawet jest w najwyższym stopniu szkodliwe dla czystości obyczajów. W związku z tym człowiek, który chciałby ulegać skłonnościom ciała, wbrew zasadom dysktowanym apriorycz nie przez rozum, musi zostać skazany „na pogardę dla samego siebie i odrazę wewnętrzną”.

 Tak właśnie brzmi teza główna książki Samotny seks Thomasa W. Laquera, którą czytelnik ma właśnie przed sobą i która jest czymś więcej niż jeszcze jednym sensacyjnym rozdziałem z dziejów represjonowanej seksualności. Książkę Laquera czytać należy bowiem także w kategoriach filozoficznych czy też historyczno-kulturowych, albowiem mówi nam ona przede wszystkim o tym, jak podmiot nowożytny, ukształtowany w wieku siedemnastym i okrzepły w następnym stuleciu, odnosił się do własnego ciała. Jest to więc książka, jak powiada autor, o tym, jak jaźń nowożytna próbuje odnaleźć dla siebie miejsce w rodzącym się porządku społecznym, który znalazł mocne filozoficzne uzasadnienie w oświeceniu (...)

Michał Paweł Markowski


 FRAGMENT:

 (...) Skoro ułomność, o której nikt nie słyszał, była w wieku XIX podstawą do słownych ataków, nic dziwnego, że stała się również tematem licznych, większych lub mniejszych, skandali politycznych. Wśród wielu oskarżeń wysuwanych pod adresem Marii Antoniny w 1793 r. przez radykalnych rewolucjonistów było też takie, że uczyła swego dziewięcioletniego syna masturbacji. Hébert mówił przed sądem, że królewski syn, i bez tego cierpiący na ciele, został przyłapany podczas onanizowania się, „tak szkodliwego dla jego zdrowia”. Wypytywany o to, gdzie nauczył się tego „kryminalnego fortelu” – znów nacisk kładzie się tutaj na rolę fantazji i przebiegłości, koniecznej do popełnienia występku – chłopiec odparł, że zaznajomił się z nim za sprawą matki i ciotki. Możliwe, że królowa winna była zdrady; możliwe, wziąwszy pod uwagę cały wachlarz perwersji popularnych w kołach arystokratów, miała romans ze swą przyjaciółką de Polignac i z innymi kobietami; ale powyższego przewinienia nie mogła być winna. Połączenie zdrady państwowej i masturbacji doskonale ujawnia intencje rewolucjonistów. Dla wrogów księżnej nie mogła istnieć żadna inna lepsza seksualna pararela, tak dobrze oddająca charakter jej zbrodni politycznych, zgnilizny „ancien régime” i zepsucia, bijącego z całego charakteru zagranicznej władczyni, niż skryty, nieczysty i paradygmatycznie nieucziwy akt onanizmu, jaki wpoiła swemu synowi.

 Masturbacja stała się wdzięcznym powodem do oskarżeń również na niższych szczeblach drabiny społecznej. W początkach XX. wieku w Stanach Zjednoczonych, w stanie Kalifornia, pewien odłam teozofów zarzucił innemu odłamowi zachęcanie do niecnych praktyk. Otóż jeden z nauczycieli podejrzanej frakcji - później wzięty w obronę przez jego założyycielkę, Annie Besant – miał nauczać chłopców onanizmu, aby ustrzec ich przed jeszcze groźniejszymi rzeczami. Było to oskarżenie największego kalibru. Za wszelką cenę starano się zdystansować od pomówień o taką perwersję. W roku 1991 Paul Reubens, komik znany jako Pee-Wee Herman, został aresztowany, a jego kariera legła w gruzach, ponieważ przyłapano go na masturbacji w kinie dla dorosłych. Czy mogło być coś bardziej skandalicznego?

 Coś, co jest tak ściśle skrywane i co dotyczy naszej najintymniejszej sfery, mogło łatwo stać się podstawą szantażu (a przynajmniej łatwo sobie tego typu sytuację wyobrazić). Główne dzienniki dziewiętnastowiecznej Anglii donosiły, że firmy sprzedające niby-lekarstwa na dolegliwości związane z onanizmem groziły ujawnieniem tożsamości swych klientów, jeśli ci mieliby ochotę na zaprzestanie „współpracy”. To mogła być prawda. Przebiegły, pryszczaty i kłamliwy Uriah Heep, bohater stworzony przez Charlesa Dickensa, to w epoce wiktoriańskiej chyba najbardziej znany literacki przestępca, winny tego rodzaju występku, ale przykładów istniało dużo więcej (warto wspomnieć o innych, interesujących onanistycznych inspiracjach w twórczości Dickensa – w książce Oliver Twist mamy stary dowcip Swifta: „Charleya Bates, ależ paniczu Bates...”, a w Wielkich nadziejach możemy trafić na długi opis, jak Pip stara się ukryć swój „paskudny sekret”, swoją „tajemnicę, skrywaną w nogawkach spodni”). Zachowanie tej postaci uwiarygodnione jest poprzez panujące przez stulecia powszechne przekonanie, że onanistę bardzo łatwo rozpoznać po wyglądzie zewnętrznym. „Wyschnięte, chude członki, zapadnięta pierś, ogólne osłabienie, zwieszona głowa (...) trupioblada twarz (...) powieki opadające bezwładnie na zasnute mgłą oczy”. Obrazki w szeroko rozpowszechnianych broszurkach dostarczały wizualnych przykładów tego typu opisów.

 Bywało jednak jeszcze gorzej. Swego czasu przystojny, osiemnastoletni młodzieniec, którego zobaczył niemiecki dramaturg Heinrich von Kleist i o którym napisał do swojej narzeczonej, był już rzekomo bliski śmierci za sprawą „nienaturalnego grzechu”, a jego całe życie miało być „niczym innym, niż wyniszczającym omdleniem”. Współczesny przegląd literatury niemieckiej z XVIII, XIX i XX wieku dostarczyłby mnóstwa przykładów nawiązywania do kwestii onanizmu, a kilka monografii tematycznych powiększyłoby jeszcze ten zbiór wypisów. Onanista stał się obiektem powszechnej pogardy, drwin, litości i strachu. Nic dziwnego, że młodzi ludzie robili wszystko, aby ich nie zdemaskowano.

Wyślij znajomemu:
Lista opinii:
Brak opinii
Dodaj opinię:

Projekt i wykonanie: YELLOWTEAM